<title_newspaper=Przekrj> 
<title_article=W obronie powieciopisarza, ktry mia racj> 
<author_1=Jerzy Szaniawski>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year=1951>
<month=8>
<date=1951-08-19>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Sdzia zarzuca autorowi powieci o ktrej rozmawiano, e jest tam zbyt duo poetyzowania. Jeeli czytam prozaika, czy, jak chc inni  prozatora  mwi sdzia  niech to bdzie proza; jeeli zechc poezji  wezm do rki tom poety i bd mia poezj.
Profesor Tutka broni powieciopisarza: powieciopisarz musi dba o prawd
yciow, a w yciu wci, na kadym kroku  to poezja, to proza.
 Opowiem pastwu o mojej przygodzie. Dziao si to podczas wojny. Ludzie o rnych profesjach, ktrzy nigdy nie byli kupcami, musieli handlowa. I ja handlowaem. Szedem wiejsk drog, niosc par kuponw sukna, ktre chciaem sprzeda. Koniec maja, wielki upa. Nagle zaczo si chmurzy. Syszaem ju pierwsze dalekie grzmoty. Gdzie si schroni? Nie wida adnej wsi tylko pola i pola. Wkrtce dojrzaem pod lasem jak stodk czy szopk; widz dach, moe tam uda mi si ukry. Poszedem w stron samotnej szopki. Ze strony przeciwnej sza dziewczyna; take ujrzaa szopk. Wrota na szczcie otwarte, mamy dach nad gow. Zciemnio si zawiecia byskawica, uderzy blisko piorun. Dziewczyna powiedziaa, e si bardzo boi. Zaczem j uspokaja sowami. Uderzy drugi piorun. Dziewczyna draa. Mam dobre serce, wic al mi byo, e si tak boi, a poniewa siowa nie pomagay, pocaowaem dziewczyn. Pioruny waliy jeden za drugim. Objem drc ramieniem. Powiem ju tylko, e burza stawaa si coraz gwatowniejsza, szalaa. Ale wszystko si koczy: pioruny zaczy si oddala, deszcz przesta pada, zawiecio soce i sowik zapiewa. Odetchnlimy.
 Co pan tu niesie?  spytaa dziewczyna.  Sukno. Sprawdzia palcami gatunek.  Po ile?
Poznaem od razu, e i ona handluje.
Dalsza rozmowa bya lapidarna, rzeczowa pena handlowych zwrotw i skrtw.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>